Jak to jest z tą Działalnością Gospodarczą, czy nie żałuję swojej decyzji sprzed 8 lat.

Wszystko zaczęło się od marzenia…

Będąc w ciąży z moją starszą córką, a jednocześnie na etacie „pani świetliczanki” w szkole podstawowej zaczęłam marzyć.
Marzyłam „o czymś”, ale nie potrafiłam tego dokładnie sprecyzować. Wiedziałam tylko. że ma to być coś mojego, twórczego, rozwijającego, a w przyszłości również coś dla innych. Wtedy jeszcze nie wiązałam tego z założeniem własnej działalności gospodarczej.

Ja od zawsze uwielbiałam rękodzieło, prace ręczne uspokajały mnie i dawały ukojenie, ponieważ mam syndrom „niespokojnych rąk”, który nigdy nie pozwalał mi spokojnie wysiedzieć na d…
I tutaj mała dygresja/opowiastka. Jakiś czas temu byliśmy całą rodzinką w Zamku w Pszczynie. Przechadzając się po okolicznym parku snułyśmy z moją młodszą córką opowiastki o tym jak to było kiedyś, gdzie przechadzały się księżniczki, jak wyglądały, co tam robiły. Chodziły po tamtejszych mostkach, jeździły w bryczkach konnych, miały piękne suknie. I młodsza latorośl stwierdziła, że ona w takim razie chce zostać księżniczką, na co starsza „ja nigdy nie chciałabym być księżniczką, bo nie potrafię wysiedzieć spokojnie na d…” i tyle w tym temacie :).

I tak właśnie rękodzieło towarzyszyło mi od zawsze, mój pokój co chwilę przechodził jakieś metamorfozy mojego autorstwa. Sama odnawiałam, przerabiałam, przemalowywałam sobie meble. Trochę interesowałam się renowacją i tapicerowaniem. Do tej pory w naszym mieszkaniu, mamy te moje przerobione meble.
Tworzyłam biżuterię, plotłam kosze z papierowej wikliny, malowałam na szkle, ozdabiałam niemal wszystko techniką decoupage, doszło do tego, że nawet lodówka i toaleta były u nas udekorowane serwetkowymi kwiatami.
Wciąż było mi mało, chciałam coś nowego i innego, w międzyczasie, a były to czasy studenckie zaczęłam prowadzić swojego bloga „Cuda na kiju„, to było sporo czasu przed założeniem firmy.

Skąd w takim razie szycie na maszynie?

Maszyna w mojej rodzinie była od zawsze, szyły babcie, szyła ciocia i szyła moja mama zawodowo. Mój tata od mojej wczesnej młodości chciał i namawiał mnie do tego bym usiadła obok mamy i nauczyła się szyć, ale ja stawiałam skuteczny opór, nie chciałam tego robić. Pamiętam nawet jak kiedyś wykrzyczałam mu, że ja nigdy nie będę szyła!

Będąc już blisko obrony magisterskiej i robiąc wszystko byle nie pisać pracy 😉 stwierdziłam, że spróbuję tej maszyny. Skłonił mnie do tego fakt, że bardzo zauroczył mnie pachwork i możliwości z nim związane, a że ja lubię takie wyzwania to postanowiłam spróbować, ale żeby nie było za łatwo to nie przyznałam się do tego mojej mamie, tylko poszłam prosto do mojej cioci (wiedziałam, że u niej stoi nieużywana maszyna). Ciocia bardzo ochoczo podarowała mi swoją maszynę walizkowy Łucznik Predom. I zaczęłam tę przygodę, oczywiście sama! Nie chciałam nawet słyszeć o żadnej pomocy i dobrych radach.
To była jesień, a ja postanowiłam sobie, że w Wigilię wszyscy dostaną ode mnie szyte prezenty. I udało się, zrobiłam kilka kompletów bardzo ładnych pachworkowych podkładek pod talerze. Byłam z siebie bardzo zadowolona.
Wycinanie zaczynałam od dużych nożyczek z Ikei, nie widziałam w tym żadnego problemu. Dopiero gdy dostałam w prezencie swoje pierwsze nożyczki krawieckie Fiskars to odczułam ogromną różnicę.
Pokochałam szycie! Ale jednocześnie wiedziałam jedno, nie będę nigdy specjalistką w szyciu ubrań, to mnie nie kręciło nigdy. Zbyt duża precyzja jak na mój chaotyczny charakter, a do tego nauka kroju, zbieranie miary, dopasowywanie wymiarów, to nie dla mnie.

To wróćmy do mojej zawodowej kariery.
Gdy sporo lat później pod koniec mojego urlopu macierzyńskiego dowiedziałam się, że nie ma dla mnie już miejsca w szkole, zaczęłam snuć moje odważne plany na zawodową przyszłość.
W czerwcu 2015 roku zgłosiłam się do Urzędy Pracy jako osoba bezrobotna, gdzie od razu w wywiadzie zaznaczyłam, że chcę rozpocząć własną działalność gospodarczą. Dwa miesiące później pisałam już swój biznesplan i wypełniałam dokumenty potrzebna do otrzymania dotacji na rozpoczęcie działalności. I ją otrzymałam, całe 20 tysięcy złotych, a z dniem 01.11.2015 roku oficjalnie otwarłam swoją działalność gospodarczą.
Dofinansowanie przeznaczyłam na maszyny (komputerową maszynę do szycia, hafciarkę i owerlok), żelazko z deską do prasowania, mniejsze narzędzia, pasmanterię, materiały oraz wizytówki i ulotki. Żałuję trochę, że zaniedbałam swoją stronę internetową i reklamę w Internecie, wtedy nie miałam jeszcze pojęcia o potencjale jaki w nim drzemie. Zresztą wtedy na temat prowadzenia firmy i marketingu nie wiedziałam zupełnie nic. Czy teraz wiem więcej? Pewnie i wiem, ale nie stosuję tak jakbym tego chciała :).
Czy gdybym wtedy miała tą wiedzę co teraz to założyłabym swoją działalność?
Myślę, że nie, przeraziłabym się tym wszystkim co mnie czeka, zwłaszcza częścią formalną, księgową, regulaminami i przepisami, które powinno się znać i wiedzieć. Wmawia się ludziom, ze założenie firmy to nic prostszego, idziesz do byle jakiego urzędu miasta, wypełniasz dokumenty, wybierasz obszar działalności (punkty pkd) i gotowe. Ale to nie prawda, trzeba naprawdę sporo wiedzieć, by prowadzić działalność zgodnie z prawem, nie nadużywać przepisów prawnych, dobrze się rozliczać. To kosztuje wiele stresu, a interpretacje są tak różne, że niejeden raz człowiek nie wiem czy tak można, czy to już nadużycie. Najgorsze jest jednak to, że nie ma takiej osoby która znałaby odpowiedzi na te wszystkie sporne i niejasne kwestie. Pomimo tego iż nie żałuję i nigdy nie chciałabym wrócić na etat, wiem na pewno, że z tą wiedzą, którą mam teraz, 8 lat temu nie miałabym odwagi w to wskoczyć.

Czym zajmowałam się na początku, co właściwie robiłam?

Szyłam akcesoria dla dzieci, zabawki, poduszki, ozdoby, torby, szyłam na zamówienie. Zamówienia miałam głównie od znajomych, dodatkowo jeździłam na jarmarki.
Wtedy największym moim hitem pamiętam były dwie rzeczy, na jarmarkach takie duże koty, ze sterczącymi nad głową ogonami, a w zamówieniach indywidualnych poduszki metryczki, do ich wykonania wykorzystywałam hafciarkę.
Czy ja na tym zarabiałam?
Niekoniecznie. Na pewno starczało mi na opłacenie ZUSu i innych firmowych rachunków, z tym, że jeszcze wtedy płaciłam tak zwany Mały ZUS.
Za lokal nie płaciłam wcale, bo dzierżawiłam rodzinnie pomieszczenie, a dodatkowo zyskałam opiekę nad córką, którą zajmowała się moja mama.
W sumie można powiedzieć, że trochę się bawiłam, spędzając czas na tym co lubiłam robić nie bardzo na tym zarabiając.
Poznałam wtedy również mnóstwo rękodzielników, z którymi wspólnie jeździliśmy po jarmarkach informują się wzajemnie, co gdzie, kiedy i za ile. Niewielu z nich trwa do dziś przy tej samej pracy.
Trwało to 2 lata i gdy urodziłam drugą moją córkę, to wiedziałam już, że po macierzyńskim nie mogę wrócić do tego co było, czas na zmiany. Albo wracam na etat albo wymyślę coś co da mi zarobek.

I wymyśliłam!

Ogromną wartością w zakładaniu szkoły szycia na maszynie dla dzieci był dla mnie fakt, że mogłam połączyć moją pasję z moim wykształceniem.
Od września 2018 roku rozpoczęłam prowadzenie warsztatów szycia na maszynie dla dzieci. Pół roku później dołączyłam również kursy dla dorosłych.
Po roku miałam już więcej chętnych i wiedziałam, że żeby być równocześnie dobrą żoną i mamą w domu, potrzebuję kogoś do pomocy w pracy. Zajęcia prowadzone są popołudniami od godziny 16:00 w małych grupach (maksymalnie 5 osób), w ciągu jednego dnia jesteśmy w stanie poprowadzić tylko 2 grupy, czyli 10 osób, dodatkowo jeden dzień tygodnia poświęcam dorosłym. Teraz mamy już tyle chętnych dzieciaków, że prowadzimy je w trójkę ja Sabina i Asia, każda z nas ma jeden dzień tygodnia i swoje dwie grupy, a ja dodatkowo dorosłych. Jestem bardzo wdzięczna dziewczynom, że ze mną współpracują i dzięki temu możemy przyjmować we wrześniu wszystkie chętne dzieci. Tak wygląda moja stacjonarna działalność.


A jeśli chodzi o moją wirtualną działalność to tak na serio wszystko zaczęło się przed pandemię i pozamykanie nas w domach. Mnie i mojej firmy to nie wykończyło tylko dało szanse na odkrycie „nowych lądów”. Myślę, że wykorzystałam tę szansę na maksa i zdałam ten dziwny egzamin celująco. Błyskawicznie nagrałam i wypuściłam do sprzedaży mój kurs on-line szycie na maszynie od podstaw. Kupiło go wtedy ponad 150 osób chcących nauczyć się szyć na maszynie. Kurs trwał 5 tygodni, co tydzień wprowadzałam na platformę nowe materiały i co tydzień spotykaliśmy się na livach, super czas. Naprawdę te spotkania na żywo, gdzie ja gadałam oni do mnie pisali, pytali, śmialiśmy się razem, żartowaliśmy, czułam że to są „moi ludzie”.
Rok później dzięki sugestiom uczestników pierwszego kursu nagrałam nowy, lepszy jakościowo i z wprowadzonymi poprawkami kurs, który jest w sprzedaży na mojej stronie do dzisiaj, tylko już jako całość dostępna od razu, bez żadnych ograniczeń czasowych i już bez spotkań na żywo.
Sklep tuCudaNaKiju – Kurs szycia na maszynie dla początkujących.

A potem się wypaliłam wirtualnie…

Po tym czasie ogromnej mojej aktywności w socjal mediach, pokazywania wszystkiego co się u mnie dzieje, co robię, co szyję i tak dalej. Poczułam, do tego przymus, że ja muszę wszędzie zrobić zdjęcie, wszystko co szyję nagrać, udokumentować każde warsztaty. Ja doszłam do tego, że przestałam szyć dla siebie, dla przyjemności, bo mam złe światło i nie da się ładnie nagrać, czy ładnego zdjęcia zrobić. Bardzo mnie to zmęczyło i zniechęciło, kręciłam się wokół własnego ogona, bo przecież jak nic nie pokazuję to znaczy, że nic nie robię, jak nie nagrywam siebie, to znaczy, że mnie nie ma. Odpuściłam, zniknęłam.
Po jakimś czasie przeczytałam co stało się z Olą Budzyńską Panią swojego czasu i stwierdziłam, że dobrze zrobiłam.
Wiesz, ja cały czas karmiłam się internetowymi mentorami, „nagrywaj wszystko co robisz”, „kręć rolki”, „pokazuj siebie”, „bądź tu, bądź tam”, publikuj, publikuj, publikuj… I widziałam jak innym rosną zasięgi, a u mnie nic. Kursy online, które kupowałam, reklamy na fb na instagramie, to mnie pochłonęło i trochę też moje fundusze.
Nawet dokonałam dość dużej wpłaty na fundację, którą prowadzi Nicole Sochacki-Wójcicka „Mama Ginekolog” po to by mieć u niej na instastory kilku sekundową reklamę. Przekonywałam siebie, mojego męża, moją prywatną księgową :), że ma to sens, bo te zasięgi, które ona ma to wywalą mnie w kosmos. I wywaliły, z 200 obserwujących na insta poszybowało u mnie do ponad 3000, ale nic poza tym. Niestety to był już czas mojego wygaszenia i w zasadzie to Ci nowi obserwujący, nic ode mnie nie otrzymali w zamian, a to co już miałam w zanadrzu jakoś samo nie chciało się sprzedawać.
I tym sposobem moja sprzedaż kursów wirtualnych spadła do zera i nie mam na nią aktualnie pomysłu, mimo iż wciąż czuję wyrzut do siebie samej, że to potencjał, którego nie potrafię wykorzystać…
Ale stacjonarnie, jest dobrze, pracownia jest na ten moment już dość rozpoznawalna w mieście, a kursy dla dorosłych pełne na kilka miesięcy wcześniej. Praca wre i wszystko się kręci 🙂

Odpowiadając na pytanie, które sama sobie zadałam w nagłówku, czy żałuję swojej decyzji sprzed 8 lat? Absolutnie i zdecydowanie nie! Nie widzę siebie w żadnym innym miejscu. Moja praca, to jak teraz to wygląda uważam, że jest po prostu „szyta na miarę” :D!

5 3 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Anna Maria
8 miesięcy temu

Agnieszko,
uważam, że prowadzisz firmę profesjonalnie. Twoje warsztaty są wspaniałe!
Kurs online także!
Zupełnie przypadkowo znalazłam Cię w internecie i to był strzał w dziesiątkę
Dalej rób to co kochasz!

Last edited 8 miesięcy temu by Anna Maria
Ela M.
Ela M.
8 miesięcy temu

Aguś, jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej pracy i determinacji ❤️ Spełniłaś swoje marzenie i możesz codziennie robić to, co kochasz. Życzę Ci, żeby Twoje plany się realizowały i żebyś cały czas się rozwijała – w wolności i zgodności ze sobą. Bardzo Ci kibicuję